PAMIĘTNIK
OJCA GERARDA
WYDANY
PRZEZ
O. MORRISA
––––––
XIX.
Spisek prochowy
Wróciwszy na wieś, znowu dawałem różnymi czasy rekolekcje, tak domownikom, jak i wielu przyjaciołom w sąsiedztwie.
Wtem nagle wybuchł on smutnie głośny spisek prochowy, i pracom naszym zbawiennym, i pięknym naszym planom na przyszłość, od razu koniec położył. Wszystkie bowiem znaczniejsze osobistości zawikłane w to okropne sprzysiężenie, liczyły się do rzędu najbliższych naszych przyjaciół, wskutek czego rada tajna mnie także poczytywała za jednego z głównych spiskowców, i natychmiast zarządziła jak najściślejsze poszukiwania. Znowu więc banda księżołowców wyprawiona została na dom baronowej Vaux, z najsurowszym rozkazem nie pierwej stamtąd się ruszyć, ażby albo mnie złowili, albo też nowe z Londynu otrzymali instrukcje. W nocy mieszkanie nasze miało być zewsząd otoczone strażą, a na trzy mile naokoło szpiegowie mieli czyhać po drogach, i każdego kto by się zdawał podejrzanym przytrzymać.
Rozporządzenia te zostały spełnione jak najdokładniej. Ale jużeśmy byli nieprzyjaciół uprzedzili, bo na pierwszą zaraz wiadomość o strasznym onym wypadku, i wynikłym stąd uwięzieniu wielu przyjaciół naszych, przewidując zawczasu co nam grozi, przezornie sobie obmyśliliśmy należyte środki ostrożności. Stąd też siepacze nic zgoła nie znaleźli; mimo to jednak nie zaprzestali swej roboty, owszem z tym większą zażartością dalej ją prowadzili. W końcu baronowa Vaux, chcąc ich odwieść od dalszych poszukiwań, pokazała im pustą kryjówkę, w której było jeszcze kilka książek moich. Lecz i to ich nie zbiło z toru, i całe jeszcze dziewięć dni zbiry one bezprzestannie przetrząsały cały dom aż do ostatnich zakątków. Ja zaś cały ten czas przesiedziałem w ciasnej i ciemnej norze; głodu jednak tym razem nie cierpiałem, bo każdego wieczora pani domu w świeże mię zaopatrywała prowizje, a nawet czwartej czy piątej nocy wyprowadzili mię przyjaciele z lochu mego, abym choć chwilę zagrzał przy ogniu skostniałe członki; bo było to w porze zimowej. Na koniec przecie nieprzyjaciele stracili nadzieję znalezienia mię w tym domu, i poszli sobie; bo zdawało im się rzeczą niepodobną, by jeszcze mogła być jaka bądź kryjówka, która by była uszła szpiegowskiej ich przenikliwości. Za to po drodze wpadł im w ręce inny kapłan, który nic zgoła nie wiedząc o tym co zaszło, szedł do nas szukając schronienia; takiż sam los spotkał jeszcze dwóch ojców naszych, w chwili gdy byli w drodze do o. Garnett.
Historia spisku prochowego, i przyczyn, i opłakanych skutków jego, aż nazbyt jest znaną każdemu. Pisali o niej i przychylni i nieprzychylni, choć może żaden, ani z tej ani z drugiej strony, nie zachował w opowiadaniu swoim całej wierności i prawdy, z jaką się historia opowiadać powinna. Ja sam także, za przybyciem do Rzymu, otrzymałem od przełożonych moich rozkaz skreślenia dokładnego sprawozdania o całym przebiegu tej sprawy, co i uczyniłem jak umiałem najlepiej. Zdaje mi się zatem rzeczą zbyteczną, tu jeszcze rozwodzić się szeroko w tym przedmiocie.
Przy wstąpieniu na tron Jakuba I, zaciekłość nieprzyjaciół w prześladowaniu wiary katolickiej nie tylko nie była ostygła, ale owszem z większą jeszcze objawiała się gwałtownością. Nawet i pokój zawarty między Anglią a Hiszpanią żadnych nie stanowił na korzyść uciemiężonej wiary warunków, i spełzła ostatnia nadzieja, jaką jeszcze z tej strony katolicy się pocieszali. Sprzykrzywszy więc sobie na koniec nieustające prześladowania, i zdzierstwa i łupiestwa i krwawe uciski, na które już od tak dawna widzieli skazanych swych współwyznawców, kilkunastu młodych ludzi postanowiło wybawić lud Boży przemocą. Czego iż nie mogli przedsięwziąć każdy z osobna, bez broni i bez wodza, powzięli zatem nieszczęsną myśl uknucia onego straszliwego spisku, jako jedynego w ich mniemaniu sposobu wyswobodzenia się z pod tyrańskiej przemocy i niesprawiedliwego ucisku nieprzyjaciół; chcieli jednym zamachem wszystkich od razu sprzątnąć.
Po dwunastu dniach najściślejszych poszukiwań, ojciec Garnett i ojciec Ouldcorne wpadli w ręce nieprzyjaciół, a z nimi także dwóch braciszków, to jest, brat Rudolf, który później razem z ojcem Ouldcorne poniósł męczeństwo, i brat Jan, który niejednokrotnie w ciągu tego opowiadania przedstawił się czytelnikowi pod przezwiskiem "Janek".
Ten ostatni dwadzieścia lat był wiernym towarzyszem ojca Garnett, a zręcznością swoją w zakładaniu niedostępnych kryjówek nawet u nieprzyjaciół naszych zasłynął. Niemała więc była ich radość, gdy go przecie dostali w swe ręce, i obiecywali sobie na pewno, że wymogą na nim bardzo ważne zeznania, i wszystkich kryjących się jeszcze członków zakonu naszego wyłowią. W tym celu wzięli biednego brata na tortury, i tak długo i tak okrutnie go męczyli, że na koniec w ręku oprawców ducha wyzionął. Potem jeszcze nędznicy rozpuścili o nim pogłoskę, jakoby chcąc zapobiec dalszym katuszom, sam sobie życie odebrał, przez co przecie sami mimowolnie przyznawali, że jakkolwiek go męczyli, niczego jednak od niego się nie dowiedzieli. A zatem według własnego ich zeznania, miał ten mąż dosyć siły ducha na to, aby mimo mąk nieznośnych, braci swych w wierze nie zdradzić: człowiek zaś takiego hartu rzecz pewna, że nie dopuści się samobójstwa.
Podobnież i ojciec Ouldcorne barbarzyńskie od nich wycierpiał tortury. Trzymali go, tak samo jak niegdyś mnie, zawieszonego za stawy rąk, z tą tylko różnicą, że z nim to powtórzyli przez pięć dni z rzędu, i po pięć godzin za każdym razem. Ale i on, mimo tych katuszy niesłychanych, żadnego nie dał sobie wydrzeć zeznania, i żadnej na nim winy dowieść nie zdołali, prócz tej, że jest kapłanem.
Ojciec Garnett, stawiony przed sądem, z tak porywającą wymową bronił sprawy swojej, że wszyscy obecni ze zdumieniem i zachwyceniem go słuchali. Ale lord Cecil i jemu podobni znaleźli na to sposób, co chwila przerywając mu mowę i nakazując milczenie, tak, iż nawet protestant (1), zdając sprawę o tych wypadkach, zmuszony był wyznać, że temu jezuicie odmówiono własnej obrony. Potem skazany na śmierć, z takim spokojem i z takim bohaterskim męstwem, szedł na rusztowanie, że najzapamiętalsi nawet nieprzyjaciele, nie byli w stanie odmówić mu uszanowania i współczucia.
Rząd był zaraz z początku wyznaczył nagrodę za głowy nasze, i wydał proklamację, w której kilku jezuitów, a ja na czele, byliśmy piętnowani jako sprawcy spisku. Rzecz pewna, że najlżejszego nawet przeczucia nie miałem o nieszczęsnym zamiarze naszych przyjaciół, ani nawet pod sekretem spowiedzi nie byłem wciągniony w tajemnicę.
Natychmiast więc napisałem list otwarty, udowodniając w nim niewinność moją, i takowy pewnego dnia o świcie po wszystkich ulicach Londynu kazałem rozrzucić. Wielu list ten przeczytało, i sam nawet król, gdy doszedł do rąk jego, okazywał się być przekonanym o mej niewinności. Ale nieprzyjaciołom już było wiadome miejsce, gdzie się ukrywał ojciec Garnett, i choć go jeszcze nie byli pojmali, wiedzieli jednak na pewno, że już się z rąk ich nie wymknie; stąd też zdało im się rzeczą dobrą i pożyteczną, zrzucić na Towarzystwo Jezusowe wszystką hańbę onego nieszczęsnego sprzysiężenia, i trzech członków Towarzystwa wręcz podać za hersztów onegoż. Moje imię, choć niczym zgoła na ten zaszczyt nie zasłużyłem, pierwsze było wymienione w onym spisie jezuitów obwinionych. Oskarżenie opierało się na zeznaniu wymuszonym i to nawet nic nie znaczącym, jednego ze służących spiskowca Catesby. Ten zaś na łożu śmiertelnym uroczyście oświadczył, że tylko strach śmierci z jednej strony, a z drugiej prośby i obietnice lorda Cecil, wyłudziły z niego ono zeznanie, w którym zresztą nic nie było, jedno proste na niekorzyść naszą przypuszczenie. Nie przeczę jednak, że bliskie moje z naczelnikami spisku stosunki, mogły się w oczach wielu zdawać pozornym usprawiedliwieniem rzuconego na mnie podejrzenia, jakobym był wiedział o tajemnych onych knowaniach.
Ogłosiłem przeto dalsze trzy listy do członków rady tajnej, wzywając ich o jak najściślejsze co do mojej osoby wypytanie samychże spiskowców, nim jeszcze śmierć ich uniemożebni moje z własnych ust ich usprawiedliwienie. Czy uczyniono zadość żądaniu memu? tego nie umiem powiedzieć. To tylko wiem, że w całym ciągu procesu ojca Garnett, choć tam wyłącznie na wszelki sposób o to się starano, jakby Towarzystwo Jezusowe zniesławić, moje nazwisko ani razu już nie zostało wymienione. Digby zaś, najbliższy mój przyjaciel, zaręczył uroczyście wobec wszystkich w sali sądowej zebranych, jako nigdy się nie odważył wspomnieć mi ani słowem o onym sprzysiężeniu, będąc aż nadto przekonany, że pod żadnym warunkiem nie byłbym się zgodził na to, aby i on do niego należał.
Cały czas tej burzy przebyłem w Londynie, mieszkając w jak najgłębszym ukryciu. Raz tylko naprawdę byłem zagrożony, a to z powodu ojca Everett, którego chciałem koniecznie ocalić, bo chodziło o życie. Ojciec o którym mówię, odwiedzał któregoś dnia, pewnego pana zamieszkałego w Londynie, i zastał u niego kilku fałszywych, albo przynajmniej niepewnych braci. W tejże chwili lord Cecil dowiedział się o wszystkim, a że on ojciec, z opisu jaki mu dano, zdawał mu się być podobnym do mnie, już się cieszył, że moje ślady wytropił, i z ukontentowaniem odezwał się do jednego z otaczających go: "No, już przecie mamy tego jezuitę". Ale się cieszył przedwcześnie. Skoro się dowiedziałem dokąd się udał ojciec Everett, uprosiłem jednego z przyjaciół, aby go natychmiast zabrał do siebie; i szczęście nasze, że tak się stało; bo jeszcze tegoż samego wieczora zjawili się siepacze w tym domu, z którego ojciec tylko co był wyszedł, i ścisłą w nim odbyli rewizję. W kilka dni później, mieszkanie przyjaciela o którym dopiero co mówiłem, także zostało od księżołowców napadnięte i przetrzęsione, a to z powodu, że ktoś w nim obaczył książki należące do ojca Garnett. W czasie tej rewizji ojciec Everett schroniwszy się do bezpiecznej kryjówki, nie dostał się wprawdzie w ręce nieprzyjaciół; ale za to przytrzymali pana i panią domu, i porwali ich oboje do więzienia. Przewidując że biedny ojciec sam nie odważy się wyjść z swojej kryjówki, a obawiając się by tam z głodu nie umarł, wyprawiłem kilku z ludzi moich, aby go wyciągnęli i powiedzieli mu ode mnie, że ma co najspieszniej uciekać. On jednak, nie poznawszy tych ludzi po głosie, i sądząc, że zastawiają sidła na niego, nie odezwał się na ich wołanie. Tak więc posłańcy moi musieli odejść nie osiągnąwszy tego po co byli przyszli, a nadto jeszcze, wracając napotkali na patrol nieprzyjacielski, i przytrzymani, nazajutrz dopiero dostali się na wolność. Ja tymczasem następnej nocy nowego wyprawiłem posła, tym razem już samego majstra co onę kryjówkę urządzał, z poleceniem, aby w razie potrzeby choćby i drzwi wyłamał. Tak się i stało, a ojciec Everett, na koniec wyswobodzony, pobiegł do mojego mieszkania. Już mię tam nie zastał, bo obawiając się, i nie bez przyczyny, by przyaresztowanie ludzi moich nie pociągnęło za sobą rewizji u mnie, tejże nocy byłem się wyniósł, szukając sobie schronienia u przyjaciela. I w rzeczy samej, w parę dni potem, sam burmistrz miasta Londynu we własnej osobie, z silnym oddziałem wojska, zjawił się w moim mieszkaniu. Było to w Wielki Czwartek; ojciec Everett pragnąc w tak uroczysty dzień odprawić Mszę świętą, właśnie był przy Ofiarowaniu, gdy niespodzianie wielki zgiełk usłyszał. Tak nagle burmistrz wdarł się do wewnętrznych części domu, że ojciec ledwo jeszcze miał czas uprzątnąć rzeczy więcej podejrzane, a potem, jak stał ubrany w ornat, schronić się do kryjówki. Prześladowcy wszedłszy do kaplicy, poznali od razu ukrytą w domu obecność księdza po zapachu świec, na chwilę przedtem zgaszonych; lecz i tym razem wszelkie ich choć jak najściślejsze poszukiwania pozostały bez skutku, jak i w ogólności ani razu im się nie udało odkryć którą bądź kryjówkę naszą.
Radzi nie radzi musieliśmy uznać, że w takim stanie rzeczy nie ma już co robić, jedno dać się burzy wyszumieć, i w cierpliwości lepszych czasów czekać. Wyprawiłem z Londynu ojca Everett, i sam też zdecydowałem się opuścić ojczyznę, aby odetchnąć nieco na obcej ziemi, a w modlitwie i nauce nowych sił do dalszej pracy w winnicy Pańskiej zaczerpnąć.
Nim skończę, jeszcze parę słów o baronowej Vaux. Po nowych a najusilniejszych poszukiwaniach, moją osobę na celu mających, po nowych i u niej na wsi rewizjach, nareszcie i baronowa sama została porwana do Londynu, i stawiona na sąd przed tajną radą. Lecz z taką na wszelkie zadawane jej pytania odpowiadała roztropnością i przytomnością, że nieprzyjaciele, mimo całą subtelność i zręczność zdradliwych podchwytywań i zarzutów swoich, niczego jej dowieść nie mogli. W końcu więc wydobyto i pokazano jej list, jej własnoręczny, do jednego z krewnych, sprawującego urząd gubernatora w jednym hrabstwie angielskim, w którym prosiła tegoż o wypuszczenie dwóch jezuitów, w jego obwodzie schwytanych. Zdrajca on, choć sam wielokrotnie ofiarował jej usługi swoje, otrzymawszy takowy list, wydał go, aby się i tu sprawdziło na nowo słowo Pańskie, iż: "Nieprzyjaciele człowieka domownicy jego".
Tak więc członkowie tajnej rady pokazali nieustraszonej niewieście ten list jej. "Losy pani, rzekli, jak widzisz, w ręku naszym. Ale powiedz nam gdzie znaleźć tego Gerarda, a będziesz wolna".
"Nie wiem gdzie się ukrywa", odrzekła; "ale choćbym i wiedziała, nie zdradziłabym go, aby się dostał w ręce wasze".
Na to powstał jeden z lordów, dawny jej przyjaciel, i odprowadzając ją do drzwi, i nowe jej po cichu robiąc przedstawienia, aby przecie ustąpiła: "Miejże pani litość nad sobą samą i nad dziećmi swymi", mówił jej, "i nie wzbraniaj się dłużej uczynić zadość żądaniu tajnej rady; inaczej życiem upór swój przypłacisz".
"Niech i tak będzie!" zawołała głośno; "jeśli nie masz innego dla mnie wyboru, gotowam umrzeć!". Drzwi już były na wpół otwarte, gdy wymawiała te słowa, tak iż służba jej stojąca za drzwiami, usłyszała je, i głośne łkanie podniosła. Nie przyszło jednak do zagrożonego wyroku. Tajna rada chciała mężną niewiastę nastraszyć, a widząc nieugiętą stałość jej, poprzestała na tymczasowym oddaniu jej pod straż jednemu wysokiemu urzędnikowi; później ją zupełnie wypuszczono na wolność, pod warunkiem, że się nie oddali z Londynu.
Skoro tylko ujrzała się wolną, natychmiast znowu mnie odszukała, aby jak przedtem zaopatrywać wszelkie potrzeby moje, i załatwić stosowne do nowego mieszkania mego sprawunki. Gdy później dowiedziała się o moim zamiarze opuszczenia Anglii, żądała usilnie i wymogła na mnie, że ona a nie kto inny poniesie wszelkie koszta mej podróży.
Tak więc trzeciego maja, w sam dzień chwalebnej śmierci męczeńskiej wiekopomnego naszego ojca Garnett, wsiadłem na okręt, aby na ląd stały przepłynąć. Dwa razy w życiu moim dzień ten naznaczony mi został wielkimi od Boga łaskami.
Gdym na godzinę przed odejściem okrętu przybył do portu, aby się, jak było umówiono, do kilku dostojnych osób, jako towarzysz podróży przyłączyć, i tak pod ich zasłoną bezpiecznie ziemię angielską opuścić, panowie ci oznajmili mi, iż nie są w możności dotrzymania obietnicy; że sami przez to naraziliby się na największe niebezpieczeństwo, a przeto widzą się zniewolonymi cofnąć słowo swoje. Ale w tejże samej chwili, kiedy okręt nasz miał podnieść kotwicę, błogosławiony ojciec Garnett oddawał Bogu wielką duszę swoją, i bez wątpienia wspomniał na mnie, niegodnego syna swego, gdy wstępując do niebieskiej ojczyzny upadł przed tronem Wszechmiłosiernego; bo nagle posłowie inaczej się namyślili, i sami nawet pomogli mi się przebrać, abym mógł za jednego z ich służby uchodzić.
Trzy lata później, dnia 3-go maja, zostałem mimo niegodność moją przypuszczony do złożenia czterech ślubów. Niechże mi Chrystus Pan będzie miłościw, bym wierny powołaniu memu, jako godny nosiciel krzyża, umiał Go naśladować na tej drodze ciernistej, po której sam nas poprzedził! I o to jedno jeszcze błagam Go i proszę, bym mieszkał w domu Pańskim po wszystkie dni żywota mego, aż kiedyś, – nie z własnej mocy mojej, ale z mocy tego drzewa żywota, którego wszyscy jesteśmy latoroślami, – pocznę wydawać godne owoce na wieczność.
Chwała bądź Bogu, i cześć Maryi Królowej niebieskiej, i świętemu ojcu memu Ignacemu, i świętemu Aniołowi Stróżowi memu! Amen!
–––––––––––
Pamiętnik Ojca Gerard, wydany przez O. Morris. (Z angielskiego). Warszawa. W Drukarni Czerwińskiego i Spółki, ulica Śto-Krzyska Nr 1325. 1873, ss. 211-222.
Przypisy:
(1) Historyk James.
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Powrót do spisu treści książki wydanej przez o. Johna Morrisa SI pt.
PAMIĘTNIK OJCA GERARDA
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: