
Św. Franciszek z Asyżu i jego rola w rozwoju religijnym świata (1)
KS. JAN ROSTWOROWSKI SI
––––––
Lubo przypisywane Innocentemu III widzenie, walącej się, a podtrzymanej przez jednego olbrzyma bazyliki lateraneńskiej, prawdopodobniej należy do późniejszych wymysłów, nie da się zaprzeczyć, że legenda nie jest tu zbyt odległą od rzeczywistości i że symbol dość dobrze oddaje niewątpliwą historyczną prawdę. Jeżeli bowiem zwróci się uwagę nie tyle na zewnętrzne znaczenie, do szczytu potęgi dochodzącego, papiestwa, ile raczej na wewnętrzne zasoby i stan duchowy ogólnie wziętej Chrystusowej owczarni, nie można nie przyznać, że w początkach XIII wieku groziły Królestwu Bożemu na ziemi bardzo ciężkie i głęboko sięgające niebezpieczeństwa.
Przede wszystkim dokonywała się w niezmiernie szybkim tempie doniosła zmiana w całej dotychczasowej ideologii chrześcijaństwa.
Pomimo, że wielka myśl nie dała jeszcze nigdy urzeczywistnić się w całej pełni, umysły średniowieczne nie umiały na społeczność chrześcijańską patrzeć inaczej, jak na wielką jakąś teokrację, która pod podwójną władzą papieża i cesarza nie tyle miała służyć ziemskim interesom państw i ludów, ile raczej przeprowadzać w świecie gesta Dei, czyli gruntować na ziemi Królestwo Boże. Jak w pojęcia, tak we wszystkie instytucje średnich wieków wkorzenione były głęboko z jednej strony uniwersalizm, szukający wszędzie wyższej jedności, z drugiej strony ta prosta, a niesłychanie intensywna wiara, która we wszystkich zgoła dziedzinach życia nie tylko przyznawała głos nadprzyrodzonym względom, ale oddawała im miejsce bezsprzecznie pierwsze.
Otóż na początku XIII stulecia oba te kamienie węgielne średniowiecznego światopoglądu zaczynały rysować się i chylić ku nieodwołalnej ruinie. Idea jedności społeczeństwa chrześcijańskiego przez długoletnią walkę papiestwa i cesarstwa poszarpana była w strzępy i czuć było, że nawet w teorii nie da się już utrzymać; najwspanialszy wyraz nadprzyrodzoności dążeń dziejowych, wyprawy krzyżowe, załamywały się już zupełnie, nie tylko w rzeczywistym wykonaniu, ale w swych myślowych i uczuciowych założeniach; razem z budzącym się nacjonalizmem, który rozsadzał polityczną jednolitość chrześcijaństwa, wkradał się coraz silniej w pojęcia i w życie ten poziomy naturalizm, który ponad wszelkie względy nadprzyrodzone i wieczne wysuwał czysto ziemskie cele i rachuby.
Nie dość jednak na tym, że gmach poglądów średniowiecznych od wewnątrz butwiał i powoli się rozpadał. O tę nadwątloną i chwiejącą się budowę miały z zewnątrz uderzyć niezmiernie potężne burze.
Jedną z tych burz była herezja, która z niewidzianym dotąd radykalizmem religijnym i społecznym, równie zuchwale, jak chytrze wszczepiała swój jad w same żyły kościelnego organizmu; drugą było zbliżające się już nagłe zmartwychwstanie pogańskiej starożytności, które groziło zupełną zagładą tysiącletnim dorobkom chrześcijańskiej kultury. I nie potrzeba było długo czekać na próby zniszczenia, jakie owe burze ciągnęły za sobą. Takie lokalne pożary, jakie wybuchały kolejno w różnych miejscowościach północnych Włoch i Francji, były wyraźną zapowiedzią losu, jaki gotowali Kościołowi Albigensi i Waldensi; jak dalece mogły spaczyć umysły i serca pierwsze podmuchy odrodzenia i bezwzględny kult rzymskiego prawa i rzymskiego ducha, na to dowodem była choćby "republika rzymska" Arnolda z Brescii albo pół pogański, pół wschodni, świetny swym przepychem, ale zupełnie obcy chrześcijaństwu, dwór Fryderyka II w Palermo.
Przeciwko tym groźnym niebezpieczeństwom, po ludzku mówiąc, Kościół uzbrojony był słabo. W kołach wyższej hierarchii panoszyło się niemal ogólnie zeświecczenie, zbytek, gruby materializm, podczas gdy w łonie niższego kleru szerzyła się ciemnota i upadek obyczajów; podźwignięty niegdyś przez reformę kluniacką zakon Benedyktynów, zasypiał na powrót w bezczynności i sytości chleba, a nowe zakony Cystersów i Premonstratensów, mimo wielkiego rozpowszechnienia, trzymały się zbyt daleko od świata, by móc oddziaływać na życie; wiedza teologiczna stała jeszcze na stopniu tak wreszcie niskim, na jakim ją widzimy u Roberta Pulla lub Piotra Lombarda; po wielkich świętych XII wieku, Bernardzie, Norbercie i wielu innych, sam nawet blask cnoty chrześcijańskiej zdawał się przygasać, a serca wiernych ogarniał chłód obojętności religijnej i oplatały ciernie przeróżnych występków.
W tak ciężkiej i niebezpiecznej chwili, za którą, po ludzku mówiąc, powinno było iść jeszcze smutniejsze jutro, wzbudził Bóg nagle człowieka, którego pojawienie się na widnokręgu Kościoła było dla świata dusz jakby wschodem słońca po ciemnej nocy. Boży ten wybraniec tak potężnie zaważył na dziejach chrześcijaństwa i świata, że w wiek niespełna po jego zgonie, nie waha się taki Dante nazwać go "słońcem człowieczego rodu" i nie wątpi, że w podobnym sensie można by zmienić nazwę miejsca jego urodzenia:
"Kto więc wspominać zechcesz tego grodu,
Nie mówże «Assyż», bo rzekłbyś za mało,
Lecz «Wschód», bo słuszna zwać go mianem Wschodu" (1).
Na wytłumaczenie tajemnicy olbrzymiego wpływu, jaki wywarł św. Franciszek i niesłychanego uroku, jaki go otacza, zwykło się mówić, że jego właściwością i rysem charakterystycznym jego świętości było najdoskonalsze wprowadzenie w życie ewangelii. Tłumaczenie to jest z pewnością prawdziwe, ale nie zdaje nam się całkiem dostateczne. Jeżeli bowiem chodzi o wierność ewangelii, któryż ze świętych nie miał jej za bezwzględną i najwyższą normę cnoty? Któryż nie starał się, i zazwyczaj skutecznie, dostroić do tej normy tak swego życia, jak życia tych, którym służył za przewodnika? A więc, jeżeli wśród tych wszystkich naśladowców ewangelii, święty Franciszek zajmuje jednak miejsce zupełnie szczególne i do nikogo nie podobne, na stosunek jego do ewangelicznej nauki musiała się składać nie sama tylko ogólnie wzięta wierność, ale jakieś osobliwe usposobienie duszy, którym odznaczał i wyróżniał się wśród wszystkich.
Że tak istotnie było, na to życie św. Franciszka, porównane z dziejami innych świętych, najwyraźniejszych dostarcza dowodów. Wystarczy bowiem przypatrzeć się sposobowi, w jaki zapatrują się na ewangelię z jednej strony On jeden, z drugiej wszyscy inni naśladowcy Chrystusa, żeby wnet odkryć głęboką i doniosłą różnicę.
Jakkolwiek każdy, bez wyjątku, z bohaterów cnoty chrześcijańskiej miał ewangelię za najwyższą regułę wszelkiej doskonałości duchownej, nie trudno się przekonać, że nikt z nich nie brał jej w sposób zupełnie bezpośredni i od wszelkiej przymieszki wolny. Jedni wyciągali z nauki Zbawiciela jakiś ekstrakt, starając się wydobyć z pod form zewnętrznych samą jej treść i ducha; inni kładli nacisk na tę, a nie inną jej stronę; inni jeszcze, jeśli tak wyrazić się wolno, przyprawiali ewangelię na swój szczególny sposób, nadając jej przez to odrębny kształt i barwę.
Poverello z Asyżu postąpił inaczej. On wziął ewangelię sine glossa, nie tylko w jej istocie, ale w jej formie ewangelicznej, tj. w bezpośrednim i najdosłowniejszym jej brzmieniu. On miał w duszy tak niezgłębioną, tak przeczystą, tak anielsko-dziecięcą prostotę, że ani chciał, ani rozumiał czy komentarzy czy preparatów, tylko brał słowa Chrystusowe tak, jak brzmiały, w najbliższym i najliteralniejszym ich znaczeniu. Słyszał, że nie trzeba "skarbić sobie skarbów na ziemi", więc nie zgodził się nigdy, żeby cokolwiek na świecie za swoją własność uważać; słyszał, że wchodząc w progi domu trzeba życzyć mieszkańcom pokoju, więc to pozdrowienie wprowadził w zwyczaj swój i swych uczniów; słyszał, że nie należy "sprzeciwiać się złemu" i dlatego nikomu z tych, co go krzywdzili nie przeciwstawiał nigdy żadnego oporu. A to najprostsze i najbezpośredniejsze posłuszeństwo słowom ewangelii stosował zarówno do wielkich i doniosłych, jak do najmniejszych jej przepisów. Tak np. nie tylko brał najściślej i najdosłowniej nakazy o dźwiganiu krzyża, o zaparciu siebie, o miłości nieprzyjaciół, o unikaniu obłudy itp., ale schodząc do najdrobniejszych szczegółów, ponieważ Pan Jezus zabrania nazywać ludzi "dobrymi", nigdy nie chciał starego swojego lekarza nazwać tak, jak się nazywał istotnie, tj. Bongiovanni ale zmieniał umyślnie jego nazwisko na Bembegnato.
Sądząc po ostatnim z tych przykładów, można by może postawić sobie pytanie, czy owej wierności ewangelii nie doprowadzał Franciszek do jakiejś krańcowości i przesady. Jeżeli jednak przypatrzyć się tej rzeczy dokładniej, tak, jak ona wygląda, nie w abstrakcyjnym oderwaniu, ale na tle całego życia Świętego, doprawdy, że żaden szczegół jego naśladownictwa Chrystusa nie trąci ni najmniejszym przeciągnięciem struny. Nie może bowiem być egzageracji, gdzie nie ma ani cienia pozy, ani odrobiny sztuczności, ani śladu zajęcia sobą i zwrotu na siebie. Cokolwiek Franciszek robi czy mówi, to wychodzi mu tak prosto z serca, bez żadnego względu na ludzi, że ta kryształowa szczerość jego postępowania broni go od wszelkiej przesady. Jak na przecudownej Crocifissione Fra Angelica w florenckim San Marco, tak przez całe życie wpatrywał on się miłośnie w swojego Chrystusa i z zupełnym zapomnieniem o sobie wyrażał na sobie Jego wzory. Że zaś te wzory padały mu w duszę, jak promienie słońca w najczystszą krynicę, owocem tej przedziwnej kontemplacji musiało stać się to, co jeszcze świeżo stwierdza Pius XI w swej encyklice Rite expiatis, że nikt inny z ludzi nie wcielił w siebie nauki i osoby Zbawiciela tak doskonale, jak ubożuchny Franciszek z Asyżu. Jak niegdyś oskarżającemu go o marnotrawstwo ojcu oddał wszystko, zwlekając ze siebie nawet odzienie do ostatniej koszuli, tak w duchownym porządku zwlókł ze siebie bezwzględnie wszystko, co mogłoby nie być Chrystusowym, a przyoblekł się najzupełniej w swego Zbawiciela i w każdy szczegół Jego ewangelicznej nauki.

Ale jeśli ta cudowna, najprzejrzystsza prostota w stosowaniu ewangelii jest pierwszym rysem charakterystycznym świętości serafickiego Patriarchy, to z tego rysu zaraz wypływa drugi, który nadaje duchowemu jego obliczu równie
wybitny, a ściśle indywidualny wyraz. Ponieważ przyjmuje i wciela w życie ewangelię bez żadnej przymieszki, dostępuje też Franciszek udziału w jej wdzięku i pogodzie i poezji. Jak życie jego jest najwierniejszym odbiciem "Kazania na Górze", tak tchnie ono całą świeżą wonią galilejskich nauk i prześlicznych przypowieści Chrystusowych. Kiedy się czyta najmilsze Fioretti, czuć, że te "kwiatki" wzrosły obok owych "lilij polnych, które nie pracują ani przędą, a odziane są wspanialej niźli Salomon w całej swej chwale"; kiedy się chodzi myślą po drogach Umbrii i Toskany za tym "śpiewakiem Bożym", którego życie było jedną pieśnią i którego celę w chwili zgonu otoczył rój nucących skowronków, czuć, że i on był z tych "ptaków" ewangelicznych, które Ojciec niebieski karmi i odziewa, choć "nie sieją, ani żną, ani zbierają do gumien".
Bo w rzeczy samej cała nieporównana poezja otaczająca postać "Biedaczyny z Asyżu" jest tak wyraźnym odblaskiem piękności ewangelii, że nie podobna zrozumieć go należycie, jeśli podkłada się inne tło pod jego uczucia i myśli. Dusza Franciszka z najsubtelniejszą wrażliwością odczuwa i z najwyższym artyzmem wyraża wszystko, co piękne i podniosłe, ale nie umie patrzeć na świat inaczej, jak w blaskach, które nań biją ze słów i osoby Zbawiciela. Czy spisuje w przedziwnym natchnieniu swój cudowny hymn o słońcu, czy żegna z najgłębszym wzruszeniem swą świętą, błogosławioną La Verna, czy wodząc wzrokiem po błękitnych wzgórzach umbryjskiej ojczyzny, śpiewa chwałę Twórcy tych piękności, czy składa rymy na cześć swej pani – Biedy, czy naucza ptaki, jak mają wielbić swojego Stworzyciela – lutnia jego wydobywa zawsze akcenty, do których ton mu podało "Kazanie na Górze". I podobnie cała jego postać najwierniej przystaje do ewangelicznego środowiska. Niewymowny urok, który osobę jego otacza, utkany jest, rzekłbyś, z barw i woni, które gdzieś z Galilei Chrystusowej na skrzydłach miłości przepłynęły poprzez miejsca i czasy.
Ale jeśli istotnie pod każdym względem cechą charakterystyczną św. Franciszka jest ta niezgłębiona prostota i bezpośredniość, z jaką żywcem przyswaja sobie ewangelię, nasuwa się doniosłe pytanie, czy to życie jego nie było zbyt wysokie i rzeczywistemu porządkowi świata zbyt radykalnie przeciwne, by móc wywrzeć wpływ skuteczny i trwały? Bo czyż w takim świecie, jaki jest i jaki zapewne być musi, możliwe jest istnienie dosłownie wzorowane na Kazaniu na Górze? Czy na naszej zimnej i twardej ziemi dadzą się pomyśleć ludzie, jakich chciał stworzyć ewangeliczny Poverello, ludzie bez stałego dachu nad głową, bez żadnego źdźbła rzeczywistej własności, bez żadnych środków oporu i obrony, bez wszelkiej ziemskiej wiedzy, ludzie, jednym słowem, żyjący z dziś na jutro, jak gromada ptaków niebieskich, które sam Bóg tylko żywi i odziewa? Czyż zresztą sama historia nie pokazała niezbicie, że wymarzony przez Franciszka sposób życia żadną miarą nie dał się w praktykę wprowadzić? Czy przy pierwotnej regule wytrwał kto więcej niż Bernard i Leon, Juniper i Idzi i kilku jeszcze dawniejszych towarzyszy, a czyż cały zakon, przez niego założony, jeszcze za życia swego Ojca, nie chwycił się tej reguły złagodzonej, w której znienawidzone przez Franciszka "glossy i komentarze" skaziły, jak on sądził, czystość ewangelii?
A jednak nie – chociaż ewangeliczne życie Patriarchy z Asyżu nie dało się żywcem przeszczepić w jego następców i chociaż dzieło jego na pozór zostało zwichnięte w samym zarodku, wpływ jego na dzieje Kościoła i ludzkości był i jest po dziś dzień tak olbrzymi, że nie ma może równego sobie w szeregu świętych katolickich. Można bez żadnej przesady powiedzieć, że Franciszek, stanąwszy w poprzek biegu dziejów świata, skierował je na inne tory, że kapitał dobra i piękna, którym ludzkość żyje i żyć zawsze będzie, ogromnymi skarbami wzbogacił, że przez najszlachetniejsze pierwiastki, jakie na drzewie człowieczeństwa zaszczepił, całą rodzinę ludzką uzacnił i podźwignął.
Żeby z rozmiarów tego wpływu, jaki wywarł seraficki Patriarcha, choć w pewnej mierze zdać sobie sprawę, trzeba przede wszystkim uprzytomnić sobie niektóre cyfry, zdolne posłużyć za ramy do wielkiego obrazu.
Jeżeli już w roku 1221, w dwanaście lat po pierwszym zawiązku zakonu, zebrało się na kapitułę przy kaplicy Portiuncula trzy do pięciu tysięcy Braci, to liczba ich rosła nadal z zawrotną szybkością. W chwili śmierci świętego Założyciela istniało już dwanaście potężnych prowincyj; w pół wieku później było tych prowincyj już 34 z 1600 klasztorami i około 40000 zakonników. A jeśli do tej liczby członków pierwszego zakonu doda się niezmiernie liczne klasztory żeńskiej jego gałęzi, a nadto te nieprzeliczone rzesze mężczyzn i niewiast, które cisnęły się wszędzie w kadry nad wyraz popularnej organizacji tercjarskiej, jeśli prócz tego weźmie się w rachubę tłumy wiernych, które skupiały się wokoło franciszkańskich kościołów i kaplic, nie trudno urobić sobie pojęcie o niesłychanej szerokości tych kręgów, które zatoczył w ciągu półwiecza prąd religijny poczęty w Asyżu. Zestawiając jego rozmiary z liczbą ludności, wówczas nieporównanie niższą, niż dzisiaj – Europa nie liczyła w XIII wieku ani 30 milionów mieszkańców – łatwo się przekonać, że po prostu ilościowo rzecz biorąc, olbrzymią część ówczesnego społeczeństwa znalazła się pod wpływem seraficznego Patriarchy.
Co jednak ten wpływ niósł ze sobą? Co było jego treścią i tajemnicą jego siły?
Krótko mówiąc, on niósł ze sobą ewangelię, tę samą ewangelię, której najczystszym odbiciem był święty Biedaczyna z Asyżu. Bo i cóż z tego, że znalazł on niewielu naśladowców, którzy by tak, jak on, sine glossa wcielili w życie całe Kazanie na Górze? Wino, którym go Bóg był napoił, było tak mocne i czyste, że nawet zmieszane nieco ze słabością ludzką zdolne było nieść zdrowie i rozprowadzać po żyłach ludzkości nowe życie. I wlało ono istotnie to nowe życie z taką siłą, że nie podejrzany o stronniczość Ernest Renan nie waha się stwierdzić: "Od chwili pojawienia się chrześcijaństwa w świecie nie zapisały dzieje drugiego równie potężnego religijnego odrodzenia". Jak w nowoczesnej terapii uprzedza się niebezpieczeństwa chorób, wprowadzając w organizm środki odporne, tak na ciężką próbę zbliżającego się humanizmu i na niebezpieczny okres przeobrażania się pojęć i instytucyj średniowiecznych uzbroił Bóg swój Kościół duchem, co powiał z Asyżu i Alwernii.

Żeby już w olbrzymim dziele dokonanym przez św. Franciszka wyszczególnić kilka kierunków, przede wszystkim powiedzieć trzeba, że on cudownie odrodził pobożność i ascezę chrześcijańską. Nie przez żadne teorie i głębokie wykłady, ale przez tę najprzejrzystszą prostotę, z jaką wcielił w swe życie naukę Chrystusową, sprowadził niejako ewangelię z wyżyn abstrakcji na ziemię i podał ją ludziom pogodną, uroczą, przystępną, opływającą w źródła duchowego wesela. Gdy niegdyś wysyłał swych pierwszych uczniów na te apostolskie wyprawy, których narzędziem były najprostsze pieśni i najprymitywniejsze w świecie nauki, kazał im grać rolę "trubadurów Bożych" – ioculatores Dei, którzy by serca ludzkie pobudzali do radości wewnętrznej. Bo on istotnie nie chciał przerażać, nie chciał wstrząsać ni przygniatać, ale tego tylko pragnął, by dobrego Boga i umęczonego za nich Zbawiciela kochali ludzie czystym sercem i pociechę znajdowali w tej miłości. Przez Franciszka i duch franciszkański nabrała pobożność katolicka tonów tak ciepłych, prostych a serdecznych, że dał się w niej odczuć jakby powiew wiosennego powietrza, pełnego świeżej radości życia.
Że tego rodzaju apostolstwo musiało przede wszystkim przemawiać do ludu, to rzecz jasna. Dałoby się wykazać z historią w ręku, że misje franciszkańskie, zwłaszcza w XIII i XV wieku były jakby powtórną ewangelizacją mas ludowych, dla których stworzyły przez odpowiednie praktyki, pieśni i obrazy prawdziwą szkołę popularnej pobożności. Że jednak wpływ tej ascezy odrodzonej przez św. Franciszka nie ograniczał się do ludu i jego duchowego poziomu, na to można by przytoczyć cały szereg dowodów. Nie mało form kultu, nabożeństw, praktyk, w całym Kościele dziś przyjętych i wkorzenionych zawdzięcza swój początek lub rozwój serafickiemu Patriarsze i jego synom, a przede wszystkim w ich ogrodzie rozkwitły te cudowne kwiaty mistyki franciszkańskiej, których wiecznym pomnikiem będą Stabat Mater i Dies irae, pisma św. Bonawentury lub objawienia świętych Angeli z Foligno czy Katarzyny Bolońskiej.
Nie mniejszy był wpływ ducha św. Franciszka na pojęcia i instytucje społeczne.
Razem z zmartwychwstającym w XIII wieku prawem rzymskim zaczęła przyjmować się w teorii i w praktyce zasada, nad wyraz zgubna dla prawidłowej budowy socjalnego organizmu i zgodnego współżycia różnych stanów. Starożytność określała, jak wiadomo, prawo własności, jako ius utendi et abutendi, czyli jako absolutne posiadanie, nie ograniczone żadnym względem na dobro bliźnich. Że za takim poglądem musiał iść wyzysk uboższych przez bogatszych, a zatem zburzenie społecznej zgody i równowagi, to jasne, bo własność nie obciążona obowiązkiem względem mniej obdarzonych staje się jakby pasożytną rośliną, która rośnie kosztem cudzego potu, a nieraz i łez krwawej niedoli. Toteż istotnie w miarę jak pogańskie pojęcia o mieniu owładały sercami, razem z rosnącą chciwością i grubym materializmem uczuć, otwierała się przepaść wzajemnej nienawiści klas i pojawiało się już na widnokręgu widmo społecznej wojny.
Do zażegnania tego niebezpieczeństwa dopomógł potężnie cichy Poverello z Asyżu.
Przede wszystkim rzucił on tu na szalę własny swój przykład absolutnej wzgardy dóbr ziemskich i takiego zamiłowania ewangelicznego ubóstwa, jakiego od Chrystusowych czasów nie widziano w Kościele. Wyzwolony w ten sposób z więzów chciwości i wzniesiony wysoko nad wszystko, co ziemskie, zaczął przez siebie i swych uczniów na powrót torować drogę chrześcijańskim zasadom, że prawo własności nie robi nikogo absolutnym panem swego mienia, że każde posiadanie obciążone jest świętymi obowiązkami względem Boga i bliźnich, że owszem Bóg, który zasadniczo oddał dobra ziemskie całej ludzkości, na to tylko dopuszcza prywatne władanie, żeby przez nie skuteczniej skarby ziemi wyzyskać i w ten sposób lepiej utrzymanie wszystkich zabezpieczyć. A głosząc te prawdy bogatym, gromiąc ich nadużycia, zwłaszcza nienasyconą lichwę spekulantów i biorąc przed nimi w obronę ubóstwo, nauczał znów Franciszek ubogich obowiązku pracy, skromności życia, cierpliwości i wskazywał im tej cierpliwości prześliczne wzory w życiu i męce Zbawiciela.
To ogromne apostolstwo społeczne nie kończyło się jednak na słowach. Dookoła tych klasztorów franciszkańskich, które jakby twierdze duchowego odrodzenia dźwignęły się po wszystkich prawie miastach Europy, tworzyły się najrzeczywistsze dzieła społeczne o wprost nieobliczalnej doniosłości i pożytkach. Oprócz samego zorganizowania tercjarstwa, które Heimbucher słusznie nazywa ein soziales Werk von eminenter Bedeutung, powstawały pod ręką Franciszkanów prawdziwe związki zawodowo-religijne, dla obrony materialnych i duchowych interesów, banki pobożne, chroniące przed lichwą, stowarzyszenia dla wspomagania więźniów, chorych, trędowatych, domy przytułku i szpitale, najrozmaitsze formy zrzeszeń i wzajemnej pomocy. Jeżeli zaś do tego dodamy niezliczone dzieła pojednania i zgody, jakie św. Franciszek i jego synowie przeprowadzali czy to wśród panów i poddanych, czy wśród walczących miast lub zwaśnionych rodzin, pojmiemy łatwo, jak niezmiernie zaważyła ich działalność na ukształtowaniu społecznych stosunków.
Nieprzychylny zresztą Kościołowi autor przypisuje idei franciszkańskiej podniesienie godności człowieka i podporządkowanie ekonomicznego życia etycznym wymaganiom; inny nie waha się twierdzić, że wielki prąd duchowy zrodzony w Asyżu wykołysał nowe poglądy na wolność obywatelską i dał początek prawdziwej chrześcijańskiej demokracji.
Odnowiciel ascezy i pobożności katolickiej, wielki reformator w dziedzinie społecznej: tym wszystkim był św. Franciszek, ale owoce, jakie na dwóch tych polach osiągnął, nie dają jeszcze dostatecznego pojęcia o całym jego znaczeniu. Jeśli przez wpływ, jaki wywarł w powyższych dwóch kierunkach, mimo całej swej wielkości, zamyka się jednak w ramach pewnych miejsc i pewnych czasów, to jest w nim coś jeszcze, czym ponad wszystkie miejsca i czasy wystercza, stając się, jak mówił Dante, tym "słońcem człowieczego rodu" które na całą ludzkość rozsyła promienie. A to coś, co na wszystkie wieki zapewnia Biedaczynie z Asyżu wśród najpiękniejszych kwiatów ludzkiego drzewa jedno z miejsc bezwzględnie najwyższych, to coś, co nie przestanie nigdy pociągać do niego nawet takich serc, które nie podzielają jego wiary i trzymają się zgoła innych poglądów na świat, to coś, co jak ferment nadprzyrodzony wszystkie dusze, z którymi się zetknie, uszlachetnia i dźwiga, to jest cudowna, niezrównana jego świętość. Bo doprawdy, jeżeli miarą doskonałości, jest ta miłość, która odchodząc całkowicie od siebie, oddaje się Bogu w niepodzielnej ofierze – któż tak, jak On do zapamiętania ukochał? Kto radykalniej wyzuł się ze siebie! Kto zeszedł głębiej w niziny pokory? Kto był prawdziwiej ubogim w duchu i cichym, pokój czyniącym i miłosiernym, spragnionym sprawiedliwości i czystym w sercu? Kto mógł z większą słusznością powiedzieć, że nie on żyje, ale w nim żyje Chrystus?
Od samego początku odczuło serce wiernych, co i sztuka chrześcijańska na wszelki sposób wyraża i dziś jeszcze, za wielu innymi, Pius XI uroczyście stwierdza, że Franciscus alter Christus, czyli, że nigdy nie pojawiło się wśród ludzi doskonalsze odzwierciedlenie osoby i ducha Zbawiciela. A do tego ogólnego przekonania sam Bóg niejako pieczęć przyłożył, kiedy na ciele swego sługi wycisnął przedziwne stygmata, pierwsze i najzupełniejsze, o jakich pamięć zachowała historia.
A świętość ta jest tak żywa i płodna, że nie przestaje działać i tworzyć. Już w samym pierwszym zakonie serafickiego Patriarchy, choć pojawiają się raz po raz symptomy upadku, co trochę dźwiga się na powrót idea franciszkańska i do pierwotnej czystości powraca. Kiedy tu i ówdzie bierze górę ludzka słabość, pojawiają się zaraz jakiś Giovanni a Valle czy Bernardyn ze Sienny, Piotr z Alkantary czy Ludwik z Fossombrone i za ich staraniem na powrót zakwita czysty duch św. Franciszka i wierność dla najwyższych jego ideałów.
A pomniejsze gałęzie wielkiego franciszkańskiego drzewa któż wyliczy? Któż wymieni te wszystkie związki i stowarzyszenia religijne, choćby na naszej polskiej ziemi, które Biedaczynę z Asyżu uznają za swego duchowego ojca i żyją dotąd bogactwem jego spuścizny? Kto zrejestruje wszystkie dzieła katolickie, które jemu zawdzięczają swój początek? Kto zmierzy ten wpływ, jaki Franciszek bezpośrednio czy pośrednio wywarł i wywiera na tysiączne dusze, z których jedne nawraca, jak Joergensena, inne dźwiga w górę i do najwyższej cnoty prowadzi?
A więc doprawdy nie pomylił się śpiewak Boskiej Komedii, kiedy pojawienie się jego przyrównał do Wschodu, bo wzeszły z nim dla rodzaju ludzkiego olbrzymie dobra. Ciemne chmury, które zewsząd waliły się na Kościół w chwili jego narodzenia, za jego głównie sprawą rozeszły się i znikły; ogrzana przezeń rola serc wydała całe mnóstwo kwiatów i plonów.
Kiedy młody bohater zaprawiał się dopiero do służby Bożej, odezwał się doń Chrystus z krucyfiksu kościółka św. Damiana: "Idź Franciszku, napraw mój dom, bo jeszcze trochę, a popadnie w ruinę". Że to polecenie, którego wówczas nie rozumiał, życiem i dziełem swoim rzeczywiście spełnił, o tym świadczy niezbicie cała historia. Jakich Bóg użyłby był środków dla wsparcia swego Kościoła, gdyby nie był użył św. Franciszka, tego nie wiemy, ale wiemy z wszelką pewnością, że w faktycznym przebiegu dziejów jego wziął za narzędzie do zażegnania groźnych niebezpieczeństw, do uratowania niezliczonych dusz, do oświecenia i uświęcenia mnóstwa serc, do wzbogacenia dziedzictwa duchowego całej ludzkości.
I dlatego słuszną jest rzeczą, żeby dziś, gdy 700 lat dobiega od błogosławionej jego śmierci, cały świat katolicki składał mu hołd głęboki, pełen podziwu i miłości. Słuszna rzecz, żeby, jeśli nie ciałem, to duchem, ciągnęły dziś do Asyżu miliony pielgrzymów, by w miejscu gdzie żył i umarł złożyć pokłon świętym szczątkom najwierniejszego sługi i naśladowcy Zbawiciela. Niechże ten błogosławiony klasztor u stóp góry Subasio, wracający dziś we władanie zakonu, stanie się na nowo ośrodkiem bujnego religijnego życia i niech służy dalej wielkiej idei św. Franciszka, by i dziś jeszcze, jak niegdyś, zachowywała, dźwigała, uświęcała świat.
Ks. Jan Rostworowski T. J.
–––––––––––
Artykuł z czasopisma "Przegląd Powszechny". – Rok XLIII. Tom 172. Październik – listopad – grudzień 1926. Kraków. DRUKARNIA "PRZEGLĄDU POWSZECHNEGO", ss. 3-15. (a)
(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; ilustracje od red. Ultra montes).
Przypisy:
(1) Boska Komedia. Raj XI, 50-54. Przekład E. Porębowicza.
(a) Por. 1) Ks. Dr Czesław Falkowski, Biskup Łomżyński, Św. Franciszek z Asyżu. W 700-ą rocznicę śmierci.
2) Św. Franciszek z Asyżu, a) List do wiernych (Epistola ad fideles). b) Canticum fratris Solis vel Laudes creaturarum. Pieśń słoneczna albo pochwała stworzeń. c) De vera et perfecta laetitia. O prawdziwej i doskonałej radości. d) Laudes (Pochwały). e) Salutatio Beatae Virginis. Pozdrowienie do Błogosławionej Dziewicy.
3) F. J. Holzwarth, Historia powszechna. Czasy Wojen Krzyżowych. Św. Dominik i św. Franciszek z Asyżu.
4) Ks. Zygmunt Golian, O szczęściu życia i działania dla Boga. Kazanie na uroczystość św. Franciszka Serafickiego.
5) P. Vitus a Bussum OFMCap., De spiritualitate franciscana. Aliqua capita fundamentalia.
6) Ks. Piotr Skarga SI, Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu na każdy dzień przez cały rok.
7) Św. Bonawentura, a) Żywot Pana naszego Jezusa Chrystusa w pobożnych rozmyślaniach zawarty (Meditationes Vitae Christi). b) Declaratio terminorum theologicorum. c) Breviloquium.
8) P. Parthenius Minges OFM, a) Compendium theologiae dogmaticae generalis. b) Compendium theologiae dogmaticae specialis. c) Ecclesia est infallibilis. d) De religione judaica postchristiana. e) Falsa systemata de relatione inter fidem et rationem. Modernismus.
9) Św. Piotr z Alkantary, a) Pokój duszy. b) O Sądzie Ostatecznym. c) O karach piekielnych.
10) Bp Władysław Krynicki, Dzieje Kościoła powszechnego.
11) Ks. Jan Rostworowski SI, a) Dwie filozofie. b) Świętego Roberta Bellarmina historyczne znaczenie i naukowe dzieło. c) Tajemnica jedności katolickiej. d) Objawienie i dogmat w teologii katolickiej a w teologii modernizmu. e) Ewolucja dogmatu w modernizmie. f) Św. Piotr Kanizy; istota jego wielkości. g) Święty Augustyn na tle wieków. h) Charakter i znaczenie biskupstwa w pierwszych dwóch wiekach dziejów Kościoła.
(Przyp. red. Ultra montes).


( PDF )
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Cracovia MMXXVI, Kraków 2026
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: