ŻYWOTY

 

Ś W I Ę T Y C H

 

PATRONÓW POLSKICH

 

X. PIOTR PĘKALSKI

 

ŚW. TEOLOGII DOKTOR, KANONIK STRÓŻ ŚW. GROBU CHRYSTUSOWEGO

 

 

Na dzień 16 lipca

 

ŻYWOT

 

ŚŚ. ANDRZEJA ŻOERARDA I BENEDYKTA

 

UCZNIA JEGO (1)

 

napisał współczesny pisarz Maurus, pustelnik na górze Sobór, potem

opat klasztoru pestwaradyńskiego, na koniec biskup diecezji pięciu kościołów zwanej.

 

~~~~~~~~~~~

 

Przy samym schyłku dziesiątego stulecia, za szczęśliwego panowania św. Stefana, syna Giejzy, którego ochrzcił św. Wojciech, Andrzej Żoerard rodem Polak i Benedykt uczeń jego, świątobliwym życiem zaszczycili górę Sobór w węgierskim królestwie. Urodził się Andrzej około roku 978 z bogobojnych rodziców, z ojca Marka Żoerarda, z matki Agnieszki, w Małej Polsce, w miasteczku Opatowcu blisko Wiślicy położonym (2). W owym to czasie religia chrześcijańska przez Mieczysława I książęcia polskiego przyjęta, za jego sprawą korzystnie krzewiła się w narodzie, a za jej zbawiennym światłem każdy niemal mieszkaniec na polskiej ziemi, co dopiero wywiedziony z pogańskich błędów, idąc ścieżką przez kapłanów wytkniętą za wskazówką przykazań Bożych, oddawał tę cześć Bogu, która Mu się jako Stwórcy wszech rzeczy należy. Tej więc religii promieniem ogrzani rodzice Andrzeja, gorącymi modły swymi wyprosili u Boga tego synaczka, wychowali go w bojaźni Bożej i pobożności. Żyjąc Andrzej w domu swych rodziców, upatrzył sobie podobnego naślednika w bogomyślności, imieniem Benedykta. Łaska Ducha Świętego wywiodła obu tych cnotliwych młodzieńców z odmętu świata burzliwego i zaprowadziła ich na ustronie, najprzód nad rzekę Dunajec pod skalistą górę, blisko miasteczka Czchowa w diecezji krakowskiej, gdzie Andrzej z Benedyktem wiódł życie pustelnicze (3). Potem dwaj ci bogomódlcy dowiedziawszy się o słynnym z pobożności i zakonnej ścisłości klasztorze ojców Benedyktynów, pod przywództwem Filipa opata w Węgrzech, na górze Sobór, w hrabstwie nitryjskim, pragnąc wznieść się do wyższej świątobliwości pustelniczego powołania, opuścili polską ziemię, poszli do owego klasztoru około roku 1002, i z kornym sercem prosili o przyjęcie ich do benedyktyńskiego zakonu. Filip opat oblókł Andrzeja i Benedykta w suknie zakonne i zapisał ich w poczet braci świętego Benedykta. Mistrz nowicjuszy, podczas jednorocznej próby zakonnego żywota, zaczął ściśle doświadczać ich powołania, to groźną twarzą, to przekładaniem surowej ostrości zakonnej, to na koniec śledził ich tajne zamysły. Atoli ani ostre wyrazy, ani obraz twardego życia, nie zmieniły ich postanowienia, ale roznieciły w ich sercach żywszy zapał do tego zakonu. Skoro ukończyli rok nowicjatu według przepisów kościelnych, wykonali w obecności Filipa, opata, uroczyste śluby zakonne (4).

 

Wszakże Andrzej nawykły do pustelniczego żywota, kornym sercem prosił Filipa, opata, by mu pozwolił zamieszkać na pustyni, o milę od miasta Trychina (Tręczyna) odległej, Skałka nazwanej. Jak ścisły i ostry żywot prowadził Andrzej na wymienionej pustyni, opisał to po szczególe równoczesny Żoerardowi Maurus, którego rys Andrzeja życia, tu umieszczamy. Pisze on w ten sposób:

 

W owym czasie, w którym prawdziwie chrześcijański i świętobliwy król Stefan panował Węgrzynom, ów pamiętny w królestwie swym rozkrzewca imienia i religii Chrystusa, a w dziejach kościelnych słynny monarcha, bardzo wielu kanoników i zakonników, słyszących dobre imię i głośną sławę przełożonego pustelników na górze Sobór, przybywało do niego, jako do ojca, których w duchu łaski przywodziła szczera chęć do świętobliwego życia i powiększania liczby, z pociechą dla owego zakonu. Pomiędzy tymi życia bogomyślnego naślednikami przybył też z ziemi polskiej do naszej ojczyzny Żoerard, młodzieniec miejskiego urodzenia, który właśnie, jako róża z pomiędzy ciernia, za natchnieniem Ducha Świętego, z wrzawy znikomego świata został wywiedziony. Filip, opat klasztoru św. Hipolita, na górze Sobór, przyjął go do swej pustyni w nitryjskim obwodzie, a oblókłszy w habit zakonny, dał mu imię Andrzej. Jaki obraz życia Żoerarda, tego męża Bożego, słyszałem opowiedziany przez Benedykta, ucznia jego, taki pokrótce skreślić i pamięci pobożnej potomności podać zamierzyłem. Ja Maurus, teraz z miłosierdzia Bożego biskup, a wówczas do tego zakonu sposobiący się uczeń (tak wtedy zwano tych, co brali w klasztorach naukę, sposobiąc się do życia zakonnego; dzisiaj zowią ich aspirantami), widziałem tego bogomódlcę; ale jaki żywot prowadził, i jak surowo dręczył swe ciało, o tym tylko z niemylnej powieści od ucznia jego Benedykta powziąłem wiadomość.

 

Często przychodził z owej pustyni do naszego klasztoru na górze węgierskiej, imieniowi św. Marcina biskupa poświęconego, Benedykt uczeń Andrzeja Żoerarda, szczerze ukorzony, i opowiadał mi po szczególe surowy i ścisły żywot Andrzeja, który tu rzetelnie opisuję.

 

Skoro ów mąż błogosławiony, Żoerard, za natchnieniem łaski Bożej, został wywiedziony z labiryntu świata burzliwego, przyszedłszy na pustynię, Skałka zwaną, od razu rozpoczął życie z wielkim trudem i dręczeniem swego ciała; położył on w swym sercu głębokiej pokory niewzruszoną podstawę, by na niej osadził świętobliwe życie pustelnicze, którego by ani burza pokus zachwiać, ani rozetlała żądza zniweczyć nie mogła; a sposobiąc się do zawziętej walki z nieprzyjacielem zbawienia ludzkiego, gorącą modlitwą ukrzepiał duszę swoją. Tak ścisły post zachował, że w ciągu tygodnia przez trzy dni żadnego nie zażywał pokarmu. Ten post obchodził Andrzej raz w ciągu roku przez dni czterdzieści z wdzięczności ku Zbawicielowi, za łaskę, przez którą On z wielkiego miłosierdzia swego stawszy się człowiekiem, czterdziestodniowym postem uświęcił dzieło odkupienia ludzkiego rodzaju. Podczas Wielkiego Postu, Żoerard szedł śladem przez Zozyma, opata, swym zakonnikom w sposobie poszczenia wytkniętym, z których każdy dostał od opata czterdzieści pięć daktylów na cały Post Wielki; Andrzej brał od Filipa swego opata czterdzieści włoskich orzechów, i tym bardzo małym zasiłkiem, jeden orzech biorąc na dzień, ukrzepiał się w oczekiwaniu radosnej tajemnicy zmartwychwstania Zbawiciela. A chociaż bardzo mały ten pokarm, zgoła żadnej nie dał ciału jego siły do pracy, on jednak, oprócz wyznaczonego czasu na pobożną modlitwę, nigdy pracować nie przestał, ale wziąwszy siekierę, poszedł do lasu na ustronie i tam drzewo rąbał do kuchni klasztornej. Zdarzyło się jednego dnia, że, gdy w lesie pracował, wielce uznojony i postem zwątlony, upadł na ziemię omdlały, i długo leżał, jakby w śmiertelnym zamorze. W czasie jego odrętwienia zjawił się przy nim jakiś młodzieniec, którego oblicze anielskim blaskiem jaśniało, podniósł go z ziemi, włożył na wózek, który miał Andrzej z sobą na drzewo, i do jego celi przywiózł. Skoro odzyskał przytomność, opowiedział to Benedyktowi swemu uczniowi, co z nim uczyniło miłosierdzie Boże. Zakazał mu ściśle, by tego wypadku przed jego zgonem nikomu nie wyjawił. Jakoż, dopiero po śmierci Andrzeja, Benedykt opowiedział mi to zdarzenie. Po dziennej pracy, Żoerard, krótkim snem pokrzepiał swe ciało, ale ten jego nocny spoczynek nocnym udręczeniem ciała nazwać należy. Ogrodził on wokoło ciernistym płotem pień dębowy, z którego drzewo było ścięte, i usiadł na nim; tak siedząc i drzymiąc, na którąkolwiek nachylił się stronę, płot kolcami najeżony budził go ze snu ukłuciem. Oprócz ciernistego płotu zrobił z drzewa kółko, na kształt wieńca, na nim przywiązał w czterech równoległych bokach, cztery kamienie na sznurkach wiszące; a tak skoro się nachylił na jedną stronę snem ujęty, z drugiej strony kamień wahający się uderzył go w głowę, prosto zatem na owym pniu siedzieć musiał, drzymaniem tylko ukrzepiając swe ciało. Taki obraz umartwień Andrzeja wiernie skreśliłem, według podania udzielonego mi przez Benedykta jego ucznia; lecz Filip, opat Żoerarda, opowiedział mi o nim następne szczegóły:

 

Kiedy Andrzej dobiegał już doczesności kresu, mając przenieść się do wiecznej chwały po wieniec nagrody za swoje czyny cnotliwe i pobożne, objawił pustelnikom bliską śmierć swoją; ale zakazał im, by żaden z nich nie ważył się dopóty zdjąć z niego po zgonie sukni zakonnej, dopóki nie nadejdzie Filip opat. Tymczasem Andrzej szczęśliwym zgonem zasnął w Panu. Skoro przyszedł opat, nie zastawszy już Andrzeja żywego, kazał według zwyczaju obmyć jego czcigodne ciało. Gdy bracia zdjęli z niego odzież, ujrzeli na nim łańcuszek miedziany, który przez ciągłe onego noszenie wpoił się wewnątrz i skórą ciała był pokryty. Nie byliby pewnie dostrzegli tego rodzaju męczarni, gdyby zapinka na wierzchu brzucha nie była się ukazała. Opat odpiął zapinkę, a wyciągając z ciała ów łańcuszek, on i bracia przytomni słyszeli chrzęst jego o kości żebrowe. Jedną połowę łańcuszka na usilne żądanie, opat Filip dał Giejzie księciu węgierskiemu, która do dziś dnia jest w jego skarbcu zachowana, drugą zaś połowę wziął opat do klasztoru. Potem, po odprawionym żałobnym nabożeństwie, pochowali bracia zakonni błogosławione zwłoki świętobliwego Andrzeja.

 

Po śmierci Żoerarda, Benedykt, gorliwy mistrza swojego naślednik, na tej samej pustyni wiódł żywot bogomyślny i pobożny w ostrej pokucie. Kiedy tu trzeci rok samotnie zamieszkiwał, niespodzianie napadli go łotrzy, w mniemaniu, że wielką sumę pieniędzy znajdą w chacie ubogiego pustelnika. Pochwycili zatem owego bogomódlcę, a przyprowadziwszy go na brzeg rzeki Wagu, gardło mu poderżnęli, i tak zamordowane ciało jego wrzucili do Wagu. Często i długo szukano zwłok męczennika świętego, ale na próżno zakonnicy Benedyktyni śledzili je, bo miejsce męczeństwa nie było im wiadome. Kiedy mieszkający ludzie blisko Wagu, prawie przez rok cały spostrzegali na brzegu tej rzeki znacznej wielkości orła, jakby na straży często stojącego, przyszło im na myśl, że pewnie w tej rzece ciało Benedykta św. spoczywa. Doniesiono ten objaw orła nad Wagiem, opatowi klasztoru na górze Sabór, jakoż wyszukał nurka, który spuściwszy się do wody, szczęśliwie wynalazł zwłoki męczennika tak świeże, jakby co dopiero był poniósł śmierć męczeńską. Tak więc wynalezione ciało Benedykta św. ojcowie Benedyktyni ze czcią pochowali w kościele św. Emerana męczennika, w tym samym grobie, w którym Andrzej Żoerard spoczywał po zgonie (5).

 

Filip, opat klasztoru na górze Sobór, powiedział jeszcze o błogosławionym Andrzeju inne szczegóły, które potomnej pamięci tu podać za wiarogodne uznałem. Łotrzy co powszechnie po pustyniach mieszkają, pewnego czasu zgromadziwszy się w owym lesie, w którym niegdyś mieszkał Andrzej Żoerard, zwaśnili się pomiędzy sobą tak srogo, że jednego rozbójnika śmiertelnie zranili; a nie chcąc, po skończonej utarczce, zostawić go na miejscu walki, uradzili zatem, zanieść ledwo oddychającego łotra do celi Żoerarda, którego sława śmierci świętobliwej już wtedy szeroko się rozchodziła. Ale że miejsce bójki znacznie było odległe od owej celi, łotr ciężko i śmiertelnie zraniony, gdy go nieśli, w ich ręku na drodze umarł. Tak więc nieżywe ciało rozbójnika przyniesione, w celi Andrzeja złożyli. Około północy łotrzy chcieli pochować zwłoki zabitego towarzysza rozboju; gdy się zabierają do czynu, duch łotra zabitego niespodzianie wraca do skrzepłego ciała jego; zabity zaczyna oddychać, podnosić się, wstaje o własnej sile.

 

Dziwem tym zatrwożeni łotrzy, z wielkiego przestrachu zaczęli wychodzić z owej celi, ale ożywiony rozbójnik wołał za nimi, mówiąc: "Nie lękajcie się i nie uciekajcie bracia, albowiem święty Żoerard wskrzesił mię zabitego i do życia przywrócił". To cudowne a rzadkie przywrócenie życia zabitemu rozbójnikowi, rozbudziło wielki żal w twardych sercach owych łotrów, i łzy radosne z ich oczu wycisnęło; prosili zatem wskrzeszonego towarzysza, by poszedł z nimi do swej siedziby; ale on szczerze w sercu skruszony za ciężkie zbrodnie, które z nimi społem popełniał, odpowiedział im, że się nigdy od tej celi nie oddali, a tu na tym miejscu, aż do śmierci, pokornie służyć chce Panu Bogu i świętemu Żoerardowi, i surową za ciężkie swe występki będzie czynił pokutę. Jakoż ten człowiek cudownym do życia przywróceniem, z odmętu wielkich zbrodni wywiedziony, ściśle dopełnił ślubu swojego, i na tej pustyni, w ostrej pokucie za swe grzechy, szczęśliwie życia dokonał.

 

Dalej pisze opat Maurus: drugiego także cudownego wydarzenia zataić nie mogę, ale choć w krótkim okresie tak o nim nadmienię, jak mi je Filip opat opowiedział. W mieście Nitrze, sąd tego hrabstwa, wyrokiem swym wskazał na śmierć zawieszenia na szubienicy pewnego złoczyńcę, który po wykonanej karze śmierci, od szubienicy odwiązany, przyszedłszy do Filipa opata, opowiedział mu, jakim sposobem Bóg litościwy swe nad nim okazał miłosierdzie. Gdym, rzecze, został potępiony przez sąd miejscowy na zawieszenie mnie na szubienicy, często wzywałem przyczynienia się za mną do Boga błogosławionego Andrzeja Żoerarda; a kiedy mnie już ciągniono na szubienicę, wtedy błogosławiony ten patron królestwa naszego, swymi rękoma zaczął mię podnosić, i kiedy mi powróz na kark zadzierzgniono i sfolgowano powrozów, na których mię wyciągniono, bym się udusił, i wszyscy z okropnego mej śmierci widowiska do swych domów odeszli, w mniemaniu, żem już żyć przestał, błogosławiony Andrzej, ciągle przy mnie będący, własnymi odwiązał mię rękoma, i do domu iść kazał, z upomnieniem, bym grzeszyć zaprzestał, a surową za przeszłe moje występki czynił pokutę. Tu kończy się o Żoerardzie podanie Maura, przedtem opata, a potem biskupa diecezji pięciokościelnej, który młodzieńcem będąc, na naukach w klasztorze Zobór, osobiście znał błogosławionego Andrzeja Żoerarda, a z Benedyktem uczniem jego, w zażyłości często o nim rozmawiał, i to podanie o życiu jego uczynił za panowania Giejzy I księcia węgierskiego, a ojca św. Stefana I króla tego narodu. Prócz tego pisze Maurus w swej historii, że zwłoki obu tych świętych mężów, Andrzeja i Benedykta pochowano w bazylice św. Emerana w Nitrze, że świątynia nitrejska istniała za czasów św. Stefana I króla węgierskiego, i była jedną z najwspanialszych kościołów węgierskich, skoro ją bazyliką zwano. Ale Mateusz książę tręczyński, nieprzyjaciel Karola króla, za czasów Jana nitryjskiego biskupa, wiernego swemu królowi, złupił grób Andrzeja i Benedykta, święte ich szczęty rozrzucił, zamek nitryjski spalił, mury zburzył i miejsce to gruzami zasiał. Za to zelżenie świętych Andrzeja i Benedykta szczętów, Jan biskup nitryjski wyklął Mateusza, a święte męczenników zwłoki podczas pożogi od spalenia ocalone, pozbierał, i w tej samej św. Emerana bazylice na innym miejscu ze czcią umieścił, które po dziś dzień są tam z wielkim uszanowaniem zachowane.

 

Tomasz Palffy z Erdöd, nitryjski biskup, kosztem swym kazał zrobić dla zachowania świętych Andrzeja i Benedykta szczętów, wielką trumnę srebrną z napisem: "Świętym patronom nitryjskiego kościoła, Andrzejowi i Benedyktowi męczennikom, Tomasz Palffy z Erdöd nitryjski biskup, kanclerz królestwa węgierskiego F. F. roku Pańskiego 1674". Jakoż od tego czasu, szczęty świętych Andrzeja i Benedykta w srebrnym tym grobowcu złożone spoczywają. Na tym zaś miejscu, z którego Benedykt do rzeki Wagu był wrzucony, Jakub nitryjski biskup wystawił w r. 1214 opactwo, Skałka nazwane, na cześć św. Benedykta męczennika. A w miejsce opactwa pod imieniem św. Hipolita na górze Sobór istniejącego, Błażej Jaklin, biskup nitryjski, zaprowadził w r. 1691, dnia 28 czerwca, ojców kamedułów, pustelników św. Romualda. Do wspólnego uposażenia ojców kamedułów, na górze Sobór, Jaklin biskup zachęcił stryja swego Mikołaja Jaklina, barona, klejnotem słoń ozdobionego. Przez Jaklinów hojnie uposażony erem św. Romualda, uległ suppressji w r. 1772. Piękny i wspaniały kościół i klasztor, już dzisiaj ręka wywrotu gruzami zasiała, a jego fundusze pobożną dobroczyńców ręką, dla powiększenia chwały Pana Boga na ziemi, zabrał ten, który ich nie dał.

 

STEFAN DAMALEWICZ w życiu błogosławionego Bogumiła, przedtem arcybiskupa gnieźnieńskiego, a potem kameduły, skreślił cudowny objaw św. Andrzeja Żoerarda w następnej treści. W roku 1569 dnia 16 lipca (w tym bowiem dniu Polacy obchodzą uroczystość świętych Andrzeja i Benedykta), za panowania Zygmunta Augusta, króla polskiego, kiedy wyznanie reformowane tak się po całej Polsce rozszerzyło, że nawet około 2000 kościołów na swe bożnice katolikom odebrało (6), zgromadziła się wielka liczba ludu prawowiernego na nabożeństwo do świątyni wystawionej na miejscu chatki, w której mieszkał św. Żoerard przez lat kilka wprzód, nim się puścił do Węgier. Kiedy zgromadzenie ludu katolickiego brzmiącymi głosy nuciło pieśń pobożną, na uczczenie Andrzeja swego patrona, wtedy właściwym sobie zuchwalstwem ośmieleni niedowiarkowie, jako burzyciele publicznego spokoju i kościelnego bezpieczeństwa, otoczywszy świątynię Pańską, świętokradzkim gwałtem usiłowali wypędzić modlącą się powszechność z domu Bożego. Niespodzianym tym napadem lud wielce strwożony, podwoił swe modły i pienia, nabożnie wezwał pomocy i obrony św. Żoerarda, a swego patrona, tymi słowy: "Święty Andrzeju Żoerardzie, sługo Boży, obroń nas i tę świątynię Pańską od napaści bezbożnych heretyków, głównych nieprzyjaciół wiary świętej". Tak w pomoc wezwany Andrzej święty, zjawia się widocznie, i kijem ognistym, który w ręku swych trzymał, odpędza niedowiarków i wypiera ich zupełnie z cmentarza; niektórych pomsta Boża ogniem popaliła, niektórzy olśnęli, wielu też życie utraciło, a niektórzy cudem tej kaźni poskromieni, wrócili na łono katolickiego Kościoła.

 

Dla utrwalenia pamięci o cudownym tym zdarzeniu, położono na cmentarzu przy tym kościele, osiem mil od Krakowa odległym, blisko Czchowa, wielki kamień czarny krzemienisty, czworoboczny, płaski, na kształt stołu, trzy łokcie długi, łokieć szeroki, na którym wyryto o tym cudzie wspominkę, a na pamiątkę ślady stóp Andrzeja św. na nim położone, jeszcze po dziś dzień ukazują (7).

 

–––––~~~~~~–––––

 

 

Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski Ś. T. Dr. Kan. Stróż Ś. Grobu Chrystusowego. Z ośmią rycinami. Kraków 1862, ss. 247-258.

 

Przypisy:

(1) Żywot ten śś. Andrzeja Żoerarda i Benedykta wyjęliśmy z dzieła pod tytułem Biskupstwo Nitryjskie, wydanego w Posonii, w roku 1835.

 

(2) STEFAN DAMALEWICZ w życiu bł. Bogumiła, rozdz. 32, karta 168.

 

(3) DŁUGOSZ, Hist. pol. ks. II, karta 124, rok 998.

 

(4) DŁUGOSZ w Hist. pol. ks. II, karta 124 pod rokiem 998, wyd. Lipskie, pisze, iż Andrzej Swyrard czyli Żoerard i Benedykt wiedli życie zakonne w klasztorze u podnóża góry żelaznej, pod opatem Austrykiem. Mógł wprawdzie mieć DŁUGOSZ pod ręką rękopis Hartwika, ratyzbońskiego biskupa, piszącego w życiu św. Stefana o Austryku, który w owym czasie był opatem tego klasztoru, a potem arcybiskupem ostrychońskim, ale Maurus, osobisty świadek wyraźnie mówi, że Żoerard i Benedykt wykonali śluby zakonne na górze Zobor, pod opatem Filipem. Mylnie zatem pisze BARONIUSZ JAROSŁAWSKI w żywotach Świętych polskich, część I, karta 24, że Andrzej Żoerard w Polsce wiódł żywot zakonny w habicie, w który miał go oblec św. Barnabasz na kazimierskiej pustyni w Wielkiej Polsce; nie był bowiem Żoerard nigdy na pustyni kazimierskiej, ale nad Dunajcem w diecezji krakowskiej; Barnabasz sam jeden żył na pustyni kazimierskiej po męczeństwie swych braci (r. 1004).

 

(5) Andrzej Żoerard umarł około roku 1011. Benedykt w trzy lata później poniósł śmierć męczeńską.

 

(6) SKARGA, Kazania przygodne, strona 408. – RESZKA w dziele: De Atheismo et phatarismo, strona 540. – FRIESE w Beiträge zu der Reformationsgeschichte in Pohlen und Lithauen. Th. II. B. I. Seite 271.

 

(7) STEFAN DAMALEWICZ w życiu bł. Bogumiła, rozdz. 32, karta 168.

 
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)

Cracovia MMIX, Kraków 2009

Powrót do spisu treści książki pt.
Żywoty Świętych Patronów polskich

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ: